Ruszyła właśnie strona Aktualizacja, będąca kontynuacją projektu Krzysztofa Miękusa, prezentującego na tegorocznym Miesiącu Fotografii w Krakowie najnowsze zjawiska w polskiej fotografii. Jako kryterium obrano „aktywność” twórców po roku 2000. Inicjatywa ma na celu zebranie możliwie pełnych informacji o obecnym stanie rodzimej fotografii, ale też jej promocję poza granicami, czemu pomóc ma angielska wersja strony.
środa, 25 czerwca 2008
sobota, 14 czerwca 2008
Efekt czerwonych oczu w CSW
Dziś zapowiedź wystawy Efekt czerwonych oczu. Fotografia polska XXI wieku, kuratorowanej przez Adama Mazura, która w Centrum Sztuki Współczesnej „Zamek Ujazdowski” ma zająć ponoć 3 piętra! Otwarcie w piątek 20 czerwca, godz.18.00, a wystawa potrwa do 7.09.2008. Poniżej zamieszczam tekst organizatorów oraz imponującą listę autorów zaproszonych do prezentacji.
„Okres ostatnich kilku lat przejdzie zapewne do historii polskiej sztuki jako moment przesilenia w produkcji artystycznej; przesilenia związanego nie tylko z pojawieniem się nowego pokolenia artystów urodzonych w latach 1970., definitywnego przesunięcia akcentów z technik analogowych na cyfrowe, czy dalszego, błyskawicznego rozwoju mediów elektronicznych i prasy ilustrowanej. Najciekawszą zmianą, jaka dokonała i dokonuje się na naszych oczach, jest zmiana tego, co w swoim czasie John Berger nazwał „sposobami widzenia”.
Wystawa Efekt czerwonych oczu. Fotografia polska XXI wieku prezentując dorobek najwybitniejszych twórców młodego i średniego pokolenia opisuje kierunki rozwoju kultury wizualnej w Polsce. Kontrowersyjne, a nawet skandaliczne obrazy prasowe, zdjęcia amatorów i zdjęcia znalezione w Internecie uzupełniają redefinicję, jaka dokonała się w ostatnim czasie w fotografii zwanej niegdyś artystyczną, fotografii dokumentalnej i komercyjnej (moda i reklama). Liczne projekcje, książki artystyczne i fotograficzne, a nawet rzeźby (Anna Baumgart) czy instalacje (Anna Orlikowska) sprawiają, że wystawa odbiega od znanych z przeszłości, zafiksowanych na obrazie fotograficznym ekspozycji. Poprzez klarowny podział tematyczny zebranego materiału sekwencje obrazów układają się w znaczącą całość, pokazującą jak „silnym” narzędziem potrafi być fotografia w rękach artysty współczesnego.
Na wystawie będzie można oglądać zarówno nabardziej znane prace takich artystów jak Maurycy Gomulicki czy Aneta Grzeszykowska, jak i wyprodukowane w przeważającej większości realizacje nowe, często wykonane przez artystów tak cenionych przez krytykę jak Wilhelm Sasnal, Zbigniew Rogalski czy Agnieszka Brzeżańska.
Wystawie towarzyszyć będzie ekspozycja Galerii Bezdomnej, która zagości w Piwnicach Zamku w ostatnim tygodniu sierpnia i będzie otwarta od 23.8 do 1.9.2008 dla wszystkich chętnych fotografów, którzy będą chcieli zaprezentować swoje zdjęcia.”
Autorzy:
Michael Akerman, Wojciech Albiński, Grupa Azorro, Anna Baumgart, Jakub Bąkowski, Anna Bedyńska, Agata Bogacka, Karolina Breguła, Agnieszka Brzeżańska, Dorota Buczkowska, Aleksandra Buczkowska, Rafał Bujnowski, Hubert Czerepok, OskarDawicki, Kuba Dąbrowski, Marta Deskur, Mikołaj Długosz, Andrzej Dragan, Jan Dziaczkowski, Sławomir Elsner, Mariusz Forecki, Maurycy Gomulicki, Nicolas Grospierre, Aneta Grzeszykowska, Karol Hordziej, Elżbieta Jabłońska, Rafał Jakubowicz, Elżbieta Janicka, Aldona Kaczmarczyk, Mikołaj Komar, Barbara Konopka, Katarzyna Korzeniecka, Tomasz Kozak, Krzysztof Kozanowski, Katarzyna Kozyra, Magda Krajewska, Zuzanna Krajewska i Bartek Wieczorek, Bogdan Krężel, Robert Kuśmirowski, Dominik Lejman, Zbigniew Libera, Ewa Łowżył, Magdalena Łuniewska, Małgorzata Markiewicz, Przemysław Matecki, Rafał Milach, Chris Niedenthal i Tadeusz Rolke, Dorota Nieznalska, Paulina Ołowska, Igor Omulecki, Anna Orlikowska, Maciej Osika, Oiko Petersen, Krzysztof Pijarski, Przemysław Pokrycki, Radek Polak, Jacek Poremba, Marta Pruska, Maria Przybysz, Konrad Pustoła, Karol Radziszewski, Zbigniew Rogalski, Szymon Rogiński, Robert Rumas, Daniel Rumiancew, Tomek Saciłowski, Wilhelm Sasnal, Jan Simon, Jan Smaga, Barbara Sokołowska, Maciek Stępiński, Przemysław Stoppa, Michał Szlaga, Grzegorz Sztwiertnia, Andrzej Tobis, Łukasz Trzciński, Piotr Uklański, Artur Wesołowski, Monika Wiechowska, Wojciech Wieteska, Wojciech Wilczyk, Julita Wójcik, Magda Wuensche, Wojciech Zasadni, Albert Zawada, Krzysztof Zieliński, Ireneusz Zjeżdżałka, Zorka Project
Autor:
Ireneusz Zjeżdżałka
o
01:52
1 komentarze
piątek, 13 czerwca 2008
Co dalej z IMAGO?
Wygląda na to, że kolejne pismo fotograficzne znalazło się w poważnych tarapatach. Po ukazaniu się 50 wydań tureckiego „Genis Aci” i jego zamknięciu w ubiegłym roku, kłopoty napotkało dobrze znane w Polsce słowackie „IMAGO”, o czym traktuje tekst Vladimira Birgusa na photorevue.com
Autor:
Ireneusz Zjeżdżałka
o
02:23
0
komentarze
środa, 11 czerwca 2008
Private całkiem po polsku

Autor:
Ireneusz Zjeżdżałka
o
04:05
0
komentarze
czwartek, 22 maja 2008
piątek, 25 kwietnia 2008
Mamy wyróżnienie!
Natomiast miłą niespodzianką okazało się zdobycie wyróżnienia przez nasz „Kwartalnik Fotografia” za stronę tytułową numeru 22/2007! Wyróżnienie cieszy i potwierdza, że interesujące rzeczy mogą powstawać nie tylko w Warszawie czy Krakowie.

Autor:
Ireneusz Zjeżdżałka
o
01:11
7
komentarze
środa, 9 kwietnia 2008
Ranking fotografów
Dzisiejsza „Rzeczpospolita” przyniosła kolejne teksty dotyczące rynku fotografii w Polsce, ale poza próbą analizy Monika Małkowska stworzyła własny ranking fotografów, który zwieńczył jej tekst Odbitki, mistrzowie i paradoksy. Trzeba przyznać, że to niezwykle odważny ruch i jestem przekonany, iż rozbudzi sporo emocji, jak każdy ranking.
Został on podzielony na dwie części i przedstawia się następująco:
Fotoreportaż i dokument:
Edward Hartwig, Irena Jarosińska, Eustachy Kossakowski, Tadeusz Rolke, Zofia Rydet, Wojciech Plewiński, Krzysztof Gierałtowski, Erazm Ciołek, Jerzy Lewczyński, Anna Brzezińska, Anna Beata Bohdziewicz, Chris Niedenthal, Tomasz Niedenthal, Łukasz Trzciński, Krzysztof Zieliński, Ireneusz Zjeżdżałka, Wojciech Wilczyk, Igor Przybylski, PrzemysLaw Pokrycki, Szymon Rogiński, Zorka Projekt.
Fotografia kreacyjna:
Zbigniew Dłubak, Zdzisław Beksiński, Zofia Kulik, Natalia LL, Józef Robakowski, Zygmunt Rytka, Izabella Gustowska, Antoni Mikołajczyk, Ewa Kuryluk, Łódź Kaliska, Tomek Sikora, Mikołaj Smoczyński, Katarzyna Kozyra, Marta Deskur, Jadwiga Sawicka, Monika Wiechowska, Aneta Grzeszykowska/Jan Smaga, Wojciech Prażmowski.
Autor:
Ireneusz Zjeżdżałka
o
02:06
13
komentarze
poniedziałek, 7 kwietnia 2008
Wydruk autorski
Dwa dni przed 3. aukcją fotografii w Rempexie naszły mnie refleksje dotyczące przyszłości fotografii, tej najbardziej tradycyjnej. Refleksja nasunęła się po lekturze katalogu tejże aukcji, ale też tekstu Przystępne ceny, bogaty wybór Janusza Miliszkiewicza (Rzeczpospolita, 04.02.2008), w którym pada stwierdzenie: „Gdybym był kolekcjonerem, kupowałbym przede wszystkim dobre zdjęcia, których odbitki autorzy sami wykonali tradycyjnymi metodami w ciemni. Niedługo to już będzie rynkowa rzadkość! Zalewa nas powódź wydruków z drukarek. Wydruk to nie to samo. W ciemni autor dopóty eksperymentował z wywoływaniem, dopóki nie znalazł najlepszego wyrazu. Wypuszczał w świat tylko te odbitki, z których był zadowolony. Mam wrażenie, że na zdjęciach z drukarek dość często ginie światło”.
Czy niedługo będzie to faktycznie rzadkość? Myślę, że niestety już jest, bo odwiedzając kolejne wystawy odbitki na materiale srebrowym stanowią procentowy margines, natomiast normą stało się wykonywanie „wydruków autorskich” – takiego określenie użyto w katalogu wystawy i aukcji Polska Fotografia Kolekcjonerska 3. Taka sytuacja nie jest wynikiem jedynie nagłej rewolucji technologicznej, choć zapewne dostępność i „łatwość” skanowania negatywów i wykonywania na podstawie plików cyfrowych wydruków stała się podstawowym argumentem za porzuceniem żmudnej, niewygodnej i pracochłonnej technologii ciemniowej. Wydaje mi się, że proces odchodzenia od „tradycyjnej” fotografii trwa u nas nieco dłużej, bo już od lat 90. zwracano uwagę na odmienność np. fotografii kontaktowej, czego dowodem była seria wystaw Kontakty (od 1989 roku) przygotowana przez Jakuba Byrczka, która zakończyła się w roku 2000 - po części zapewne z powodu zbyt mocno rozszerzonej formuły w ostatniej edycji (Czas przełomu – przełom czasu), a po części pewnie też z pokładania w niej zbyt wielu idei (duży format negatywów, stare kamery i czarna płachta na głowie stawały się czasem filozofią samą w sobie), co okazać się mogło zbyt nużące. Wydaje mi się, że większe znaczenie w próbie zwrócenia uwagi na „tradycyjnym” obrazowaniu miała wystawa Bliżej fotografii, kuratorowana przez Andrzeja Saja, a pokazywana w 10 polskich galeriach w latach 1996-1998. Od tego czasu w zasadzie nikt nie podjął kolejnej próby określenia stanu polskiej fotografii w jej pierwotnym kształcie.
Czy zatem artykuł z Rzeczpospolitej jest zapowiedzią zepchnięcia fotografii srebrowej na jeszcze węższy margines? Zapewne jest w nim sporo racji i za 3-4 lata na palcach dłoni policzyć będzie można autorów wystawiających na papierze barytowym. Pomijam tu rzecz jasna całe rzesze pasjonatów, którzy w domu zajmować wciąż się będą obróbką papieru fotograficznego. Ale nie sądzę jednocześnie, by nowe technologie nie pozwalały na rozszerzanie środków wyrazu, choć są one inne i przynoszą inne efekty. Jednak wydaje mi, że ogromna popularność wydruków nie wynika wyłącznie z postępu technologicznego i coraz węższego dostępu do materiałów srebrowych u sprzedawców – sytuacja pociągnęła za sobą zmianę sposobu fotograficznego myślenia i zmiany pewnych funkcji samej fotografii, która nigdy jeszcze nie była tak bardzo obecna w obiegu wystawienniczym.
Autor:
Ireneusz Zjeżdżałka
o
09:27
17
komentarze
środa, 2 kwietnia 2008
Bez tematu
Przy tej fotografii zazwyczaj mało kto się zatrzymuje, gdy jest pokazywana.
Ireneusz Zjeżdżałka, Września, 2002
Autor:
Ireneusz Zjeżdżałka
o
00:27
2
komentarze
wtorek, 25 marca 2008
Instalacja na ścianie
Franek z Chociczy Wielkiej jest dumny ze swojego syna, bo „też poszedł siedzieć”. Frankowi kilka lat temu betonowa płyta przygniótła nogę podczas rozbiórki zabudowań gospodarskich i od tego czasu kuśtyka, podpierając się kulą. Mieszkanie w starym domu nie posiadało łazienki, ani bieżącej wody, bo „po co”? Mimo przeciwieństw Franek zachował pozorną pogodę ducha i lubi się uśmiechać, na ścianie zaś zbudował bardzo niezwykłą instalację. Niezwykłą dla mnie, bo coraz częściej przyłapuję się na wyszukiwaniu takich rarytasów w miejscach, gdzie najmniej się można ich spodziewać. A może właśnie tylko w takich?
Instalacja składa się głównie z dwóch wizerunków Chrystusa i jakiegoś świętego obrazka, który już dawno przestał być czytelny - czarny kwadrat? Do tego fotografia syna i połowa jakiegoś „trofeum” myśliwskiego, które sprawia wrażenie pochodzić od upośledzonej sarny. Całość tuż obok wiekowego włącznika światła, jakby przy jego pomocy można było jednym ruchem przywołać całą zgromadzoną w tej instalacji historię, włączyć zgromadzone w obrazkach wspomnienia.
Ireneusz Zjeżdżałka, Chocicza Wielka, 2005
Autor:
Ireneusz Zjeżdżałka
o
09:23
2
komentarze
W Nekli ładnie
W Nekielskim Ośrodku Kultury robi się coraz ładniej. Po zakończeniu egzystencji brzydkich malowideł Stanisława Mrowińskiego, o czym pisałem wcześniej, nastąpiło dekorowanie sali ładnymi elementami. Komunie tuż tuż...
Nowa estetyka Nekielskiego Ośrodka Kultury, fot. Tomasz Małecki / Wiadomości Wrzesińskie
Autor:
Ireneusz Zjeżdżałka
o
09:15
1 komentarze
niedziela, 23 marca 2008
Polska w Krakowie
W książce Krzysztofa Jureckiego W poszukiwaniu sensu fotografii. Rozmowy o sztuce na sam koniec rozmowy z autorem mówiłem o konieczności promocji polskiej fotografii na światowych festiwalach. Często idea festiwali kręci się wokół zapraszania państw gościnnych. I tak np. w Houston na trwającym właśnie FotoFest są to w tym roku Chiny, które będą też krajem zaproszonym w maju na Fotofestiwal do Łodzi. Rozumiem – olimpiada i wciąż pewna egzotyka, choć w świecie sztuka chińska jest od lat mocno obecna. Ale Miesiąc Fotografii w Krakowie zaskoczył mnie zdecydowanie. Bowiem organizatorzy pomyśleli, by do udziału w festiwalu zaprosić... Polskę. I jakkolwiek dziwnie to brzmi (w końcu zapraszamy sami siebie), to jednak może się to okazać doskonałą okazją do tego, by polska fotografia wraz z gośćmi i katalogami znalazła kolejną ścieżkę do przekroczenia naszych granic. Może, bo trzeba poczekać na efekty w postaci dwóch głównych wystaw – kuratorem wystawy fotografii do 2000 roku został Wojciech Prażmowski, zaś fotografii powstałej po tej dacie Krzysztof Miękus (m.in. autor projektu Teraz Polska). Na razie jednak informacje na temat obu wystaw są bardziej niż skromne, zatem przyjdzie poczekać do maja kiedy festiwal się otworzy.
Muszę przyznać, że podoba mi się pomysł zaprezentowania naszego kraju, a pokaz ten ma szanse (wyłącznie pod warunkiem rzetelnej realizacji) stać się istotnym wydarzeniem ostatnich lat, zwłaszcza że fotografia polska na innych festiwalach nie zajmowała do tej pory tak znaczącej pozycji, albo wciąż eksploatowano sprawdzonych „klasyków”, co u widza (nie tylko zagranicznego) wywołuje wrażenie ciągłego gonienia w piętkę... Mam też ogromną nadzieję, że katalog festiwalowy będzie jeszcze bogatszy i pełniejszy w informacje niż ubiegłoroczny, zresztą niezły. W końcu to on zapewnia byt wystawom po latach i staje się źródłem informacji do różnorakich opracowań.
Autor:
Ireneusz Zjeżdżałka
o
11:10
0
komentarze
poniedziałek, 17 marca 2008
Rempex po raz trzeci
Dom Aukcyjny Rempex i artinfo.pl szykują trzecią edycję aukcji Polska Fotografia Kolekcjonerska, która odbędzie się 9 kwietnia, a poprzedzona zostanie wystawą w Rempexie – otwarcie jutro. W trzeciej edycji zaprezentowane zostanie około 200 prac z czego, jak piszą organizatorzy na Artinfo.pl „z naciskiem na dorobek najciekawszych twórców z okresu ostatnich 40 lat”. Jeśli po dwóch poprzednich aukcjach wysnuto wniosek, że należy inwestować energię i pracę szczególnie w promocję współczesnej fotografii, to z większym optymizmem można oczekiwać na powolny (nie wierzę w nagły skok) rozwój rynku fotografii i zainteresowanie kolekcjonerów.
Interesującą rzecz wyczytać można kilka linijek dalej: „Aukcje z cyklu Polska Fotografia Kolekcjonerska przygotowywane są odmiennie od innych aukcji na polskim rynku sztuki. Traktujemy je jak atrakcyjny event, wydarzenie towarzyskie i działanie o ważnych walorach edukacyjnych. Stąd z dużym pietyzmem podchodzimy do katalogu, który obok reprodukcji oferowany prac zawiera obszerne noty biograficzne autorów wzbogacone o rys krytyczny. Katalog w nakładzie 1500 egz. rozsyłany jest do kolekcjonerów fotografii i sztuki współczesnej.” Prawda jest taka, że pierwsze dwie aukcje wzbogacono o katalogi zawierające „tylko” noty biograficzne autorów. Trzeba też przyznać, że drugi katalog okazał się zdecydowanie bardziej udany (forma i wykonanie) od pierwszego. Jeśli zatem ten kierunek zostanie utrzymany, to trzecia edycja może się okazać jeszcze lepszym sukcesem niż poprzednia. I niech tak się stanie, bo takich wydarzeń polska fotografia potrzebuje jak ryba wody! Ale z największą niecierpliwością oczekuję na zapowiadany „rys krytyczny”...
Autor:
Ireneusz Zjeżdżałka
o
06:11
3
komentarze
czwartek, 13 marca 2008
Cisza
Opisana wyżej fotografia przedstawia opustoszałe gospodarstwo (Abandoned Farm, near Dolhart, Texas, 1938) z czasów wielkiego kryzysu, jaki nawiedził w latach 30. Stany Zjednoczone. Dorothea Lange wykonała ją w ramach jednego z największych w historii projektów fotograficznych Farm Security Administration (FSA) prowadzonego dla rządowych agencji pod nadzorem Roy'a E. Strykera, a mającego na celu ukazać skutki wielkiego kryzysu i wprowadzenia polityki interwencjonalizmu państwowego Franklina D. Roosvelta, czyli "Nowego Ładu" (New Deal). O ogromnej skali FSA świadczyć może ilość pozostawionych przez biorących w nim udział fotografów, licząca ok. 250.000 negatywów...
Z takim dorobkiem niezwykle trudno jest zestawiać działalność współczesnego fotografa, zamykającego się w dodatku w niewielkich i ścisłych granicach jednego powiatu, liczącego zaledwie 704 km2. Ale i tak niewielki obszar może stać się bogatym poligonem dla twórcy, który doskonale zdaje sobie sprawę z możliwości i charakteru medium, jakim jest fotografia.
Dla Waldemara Śliwczyńskiego fotografia ma co najmniej kilka znaczeń - traktuje ją jak dokument zanikającej w coraz szybszym tempie prowincjonalnej architektury, ale też jako nośnik informacji o czasie przeszłym, stąd tak wielkie zamiłowanie do przedwojennych pocztówek (nakładem jego wydawnictwa Kropka ukazały się do 2007 aż trzy albumy zawierające przedwojenne kartki pocztowe z Wrześni i dawnego powiatu wrzesińskiego). Ale jak na rasowego regionalistę przystało Śliwczyński uważnie stawia kroki, by przypadkiem nie zapędzić się na zbyt daleko i nie zahaczyć o sąsiadujący Wrześni powiat. Ta rzadka postawa wyjątkowego przywiązania do lokalności niesie ze sobą spore ograniczenia -nie tylko w sensie geograficznym, bo przecież z taką postawą musi się wiązać niezrozumienie - jak bowiem tłumaczyć nieświadomym istotność dokumentowania głębokich przemian właśnie "tu" i "teraz"? Pomimo oczywistych podobieństw, procesu dokumentowania upadłych gospodarstw rolnych - głównego motywu fotografii Śliwczyńskiego - nie da się w sposób bezpośredni porównać z projektem FSA, ani zdumiewającej aktywności małżeństwa Becherów, które poświęciło całe życie na budowanie swoistej typologii budowli industrialnych. Skala i czasu są zupełnie inne. Także sama idea. Jednak jeden istotny element pozostaje niezmienny - determinacja. Cecha, która dla fotografii dokumentalnej jest jedną z podstawowych dla jej egzystencji. Bez niej wiele budowli dawnych PGR-ów dziś zniknęłaby bezpowrotnie, inne trwały by dłużej i nadal poddawane by były powolnej destrukcji. Powstałe fotografie przepełnione są nie tylko krytycznym spojrzeniem, ale też swego rodzaju melancholią. I nie wynika to z tęsknoty za minionym systemem ekonomicznym, a raczej wyrasta wprost z zamierzchłej historii, zapisanej na starych kartach pocztowych. Bez wątpienia duży zbiór przedwojennych pocztówek z okolic Wrześni, jaki Śliwczyński zdołała stworzyć wydaje się najważniejszym kluczem do jego fotografii. To one zdają się wyznaczać kolejne etapy fotograficznego dokumentowania śladów przeszłości, bez dokonywania zbędnych ocen - nie hierarchia społeczna i ekonomiczna są tu ważne, ale odkrywanie i przywracanie historii w ogóle. Także tej najmniejszej, najbardziej ludzkiej, tworzonej przez każdego bez wyjątku człowieka. Jeśli tylko nie mieszka za miedzą...

Waldemar Śliwczyński, Chocicza Mała, 2003
Autor:
Ireneusz Zjeżdżałka
o
07:16
0
komentarze
piątek, 7 marca 2008
Atak już nadchodzi

Autor:
Ireneusz Zjeżdżałka
o
10:38
0
komentarze
wtorek, 4 marca 2008
Krytycy sztuki z Nekli
Niemal każdego dnia TV serwuje nam reklamę, z której okazuje się, że co drugi Polak sięga po Warkę i co drugi Polak interesuje się piłką nożną. W Nekli co drugi człowiek zna się na sztuce, więc nic dziwnego, że wyrok zapadł szybko i bez głosów sprzeciwu.
Nekla położona jest blisko Wrześni i jest kilkakrotnie od niej mniejsza. Ma nieduży ośrodek kultury, a w nim miała do niedawna coś, co nawiązywało do jedynej znanej nekielskiej legendy – grobli, którą miał usypać sam Twardowski. Malowidło ścienne, przedstawiające diabelskie sceny to robota nie Twardowskiego, ale nieżyjącego już malarza, rysownika, ilustratora książek i karykaturzysty z Poznania, Stanisława Mrowińskiego (1928-1997), postaci dla Wielkopolski niezwykle istotnej. Studiował w poznańskiej PWSSP w latach 1945-1950 w pracowniach prof. Wacława Taranczewskiego, prof. Jana Piaseckiego i Eustachego Wasilkowskiego. Jego styl zawierał w sobie całą masę ludycznych elementów ocierających się o wielkopolski pejzaż i folklor, a z zaprojektowaną przez niego pieczątką powędrował na biegun Marek Kamiński. Ale dla prowincjonalnej Nekli był to artysta zbyt małej rangi...
Działacze z Nekli najwyraźniej sięgają po Warkę częściej niż „co drugi Polak”, bo trudno inaczej znaleźć usprawiedliwienie dla bezmyślnej decyzji o usunięciu obrazu Mrowińskiego. Zawsze mi się wydawało, że tak mały ośrodek jak Nekla z radością powinien podkreślać istnienie u siebie pracy ważnego twórcy, która w dodatku powstała specjalnie dla podkreślenia lokalnej legendy. I specjalnie dla Nekli! Tak w końcu buduje się wizerunek miejsca (to działa w całym cywilizowanym świecie), tak tworzy swoisty charakter, którego najwyraźniej w Nekli decydentom zabrakło. Za to nie zabrakło im dobrego samopoczucia i zabawa w krytykę sztuki ruszyła na całego: „To było brzydkie” orzekł jeden z nich, choć jeszcze tydzień temu wszyscy wiedzieli tylko tyle, że „ten co to namalował nie żyje”. Kanony estetyki nekielskich działaczy okazują się zatem zbyt wygórowane, by mógł im sprostać artysta z Poznania. Mam nieodparte wrażenie, że w Nekli zamalowaliby bez skrupułów samego Banksy’ego. A zresztą kogo obchodzi jakaś tam „sztuka”, nie lepiej iść na kolejną Warkę?
Fragment malowidła Stanisława Mrowińskiego w Nekielskim Ośrodku Kultury, fot. Tomasz Małecki / Wiadomości Wrzesińskie
Autor:
Ireneusz Zjeżdżałka
o
05:10
3
komentarze
czwartek, 28 lutego 2008
Zleżałe ryby Kędzierskiego
Igor Kędzierski, „tłumacz literatury czeskiej, krytyk i eseista” – tak mówi notka biograficzna – w tekście „Happy horror i zleżałe ryby postmodernizmu” opublikowanym w Witrynie Czasopism opisuje numer 00 magazynu „Pozytyw”. Dokopując ostro przy okazji wrocławskiemu „Formatowi” i naszemu „KF”! W końcu przecież trzeba przywalić komuś przy okazji – tekst nabiera rumieńców.
Moją intencją nie jest tu riposta w stusunku do „Poztywu”, do którego zresztą napisałem swego czasu dwa teksty. Życzę mu jak najlepiej, bo rynek wydawnictw fotograficznych (sensownych) powinien być bogaty, a do tej pory każde z pism posiada inny charakter i opisuje inne zjawiska. I dobrze, bo to wzbogaca całą sferę fotografii.
Kędzierski pisze: „Mam tylko nadzieję, że nie doczekamy się kolejnego przegadanego, akademickiego, salonowo zaangażowanego pisma pokroju ‘Formatu’ czy ‘Kwartalnika Fotografia’. Mam nadzieję, że czytelnicy przejdą test pozytywnie i postawią na dobre zdjęcia o dobrej jakości i w dużym formacie, bez zbędnego mydła interpretacji i interpretacji interpretacji.”, po czy przystępuje do omawiania (interpretacji?) poszczególnych prezentacji. Zastanawiam się co mogą oznaczać w przypadku „KF” sformułowania „pismo przegadane”, „akademickie”, a nade wszystko „salonowo zaangażowane”. To idiotyczny zarzut dla magazynu, który jest otwarty na wszelką tematykę – od teorii, poprzez prezentację zastawów autorskich i omówienia ważniejszych wydarzeń, po teksty dotyczące historii fotografii i specjalną rubrykę promującą młodych twórców. Sformułowanie „salonowo zaangażowane” z góry określa „KF” jako pismo przeintelaktualizowane, hetrmetyzujące czy wręcz faworyzujące jakąś grupę. Szkoda tylko, że szanowny krytyk i eseista nie wyraził się jaśniej, bo ja w żaden sposób nie potrafię doszukać się w naszych poczynaniach takich cech. Jedyne co nas interesuje, to fotografia kolejnych nowych autorów, którzy poza warstwą wizualną („Oglądałem zdjęcia, pomijając teksty, które nierzadko zajeżdżały mocno upoconą słabizną. Ale nie przeszkadzało mi to; raz, że zawsze zawierały jakieś tam informacje o autorze, po które można było w razie potrzeby sięgnąć, dwa, że nie było ich wiele – przeważał materiał wizualny.” – to słowa Kędzierskiego o dawnym „Pozytywie”), przemycają coraz to nowe idee i otwierają nowe ścieżki współczesnej fotografii, która stale się rozwija. Myśl jest nieodzowną częścią składową fotografii, a teksty tylko pomagają ją odnaleźć. Zresztą nie raz na łamach kwartalnika miały miejsce tekstowe potyczki autorów piszących dla nas, co świadczy raczej o otwartości na wymianę poglądów, niż o lobowaniu za którąś ze stron.
Na koniec wywodów Igor Kędzierski wystosował pełen dramatyzmu apel, mieszając już wszytsko: „Dlatego, drodzy czytelnicy, zwłaszcza ci z was, którzy czują się mniejszością: zaangażujcie się i brońcie tego fenomenalnego pisma przed pozbawioną gustu większością, fetyszystami sprzętowymi, fotografami stworzeń domowych (rybek zwłaszcza), dendrologami (namiętni fotografowie drzew, jak nazywa ich Paweł Golec), postmodernistami, politykami PIS-u, młodzieżą radiomaryjną i, co najważniejsze, przed naciskami wielkiego kapitału...”. Kapitału wydawcy też?
Autor:
Ireneusz Zjeżdżałka
o
02:38
5
komentarze
sobota, 23 lutego 2008
Eva Rubinstein w Jan Krugier Gallery / Eva Rubinstein at the Jan Krugier Gallery
Tak się składa, że niemal w tym samym momencie, kiedy w Jan Krugier Gallery na Madison Avenue w Nowym Jorku (03.03.2008, godz. 18.00-20.00) otwierać się będzie wystawa Elegies Evy Rubinstein, do sprzedaży trafi najnowszy numer „Kwartalnika Fotografia”, w którym piszę (Fotograficzne dialogi Evy Rubinstein) o jej projekcie portretowym, powstałym w 1975 w Ploesti w Rumunii podczas trwania wystawy American photography. Portrety w większości nie były wcześniej publikowane.
O fotografiach Evy Rubinstien pisywałem już wcześniej, a wielokrotnie opowiadałem przy najróżniejszych okazjach. Trudno zresztą by było inaczej, bowiem ta fotografia za każdym razem budzi we mnie całą masę pozytywnych (wyłącznie) skojarzeń i emocji. Do dziś też nie wiem skąd w niej tyle swobody i poruszającej prostolinijności. To pewnie efekt wejścia w świat fotografii wraz z pełni ukształtowaną osobowością - początek fotografowania to rok 1967, a koniec nastąpił w 1990, kiedy Eva Rubinstein zdała sobie sprawę, że „przestała widzieć” (fotograficznie). To zapewne też wpływ nowojorskiego środowiska i studiów u Lissete Model, u której studiowała też Diane Arbus – warto zaznaczyć, że jedyny „oficjalny” portret Arbus zamieszczony w jej biografii (Patricia Bosworth, Diane Arbus, Biografia, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2006) został wykonany właśnie przez Rubinstein. Model wpajała swym studentom, że artysta może wszystko. Że świat i człowiek to materiał, który artysta może dowolnie obrabiać. Eva Rubinstein nigdy nie chciała się z takim podejściem zgodzić, bo dla niej człowiek zawsze stanowi wartość nadrzędną.
W 2003 w jednym z listów Eva Rubinstein napisała mi taką krótką historię: „Raz podczas jakiejś wystawy, ktoś się spytał ‘jak to jest, że pani robi zdjęcia na całym świecie, ale zdjęcia wyglądają tak, jakby były zrobione w tym samym miejscu?’ Odpowiedziałam, że właśnie były zrobione w tym samym miejscu i wskazałam na mój splot słoneczny”. Czyż to nie proste?
Eva Rubinstein, Pépe's shirt, Spain 1973
It makes up that almost at the same time when the exhibition of Eva Rubinstein will be open (the opening 03.03.2008) at Jan Krugier Gallery on Madison Avenue in New York, the newest issue of „Kwartalnik Fotografia” will publicize, where I write (Eva Rubinstein’s photographic dialogues) about her portrait project which came into existence in Ploesti in Romania in 1975 during the exhibition American Photography. The portraits mostly were not published earlier. About Eva Rubinstein’s photographs I used to write earlier, and many times I told by the chance of different occasions. It is difficult it would be in a different way because every time this photography wakes in me the whole accumulation of positive (only) couplings and emotions. Till now I do not know from where so much freedom and motive straightforwardness in it. I guess it is the effect of coming in the world of photography as a fully shaped personality - the beginning of photographing it is 1967 and the end came in 1990, when Eva Rubinstein realized that she „stopped to see” (photographically). these are for sure influences of New York circles and studies at Lissete Model, where Daine Arbus studied as well-it is worth to mark out that the only one „official” portrait of Arbus placed in her biography (Patricia Bosworth, Diane Arbus, Biography, Publishing House WAB, Warsaw 2006) was taken by Rubinstein. Model inculcated to her students that an artist can everything. That the world and man are material, which the artist can freely treat. Eva Rubinstein never wanted to agree with such attitude, because for her the man is always the overriding value.
In 2003 in one of letters Eva Rubinstein wrote me such a short story: „Once during some exhibition someone asked me ‘How is it that you take photographs on the whole world, but photographs seem as taken at the same place?’ I answered that they were taken at the same place and I pointed to my solar plexus”. Isn’t it beautiful?
Autor:
Ireneusz Zjeżdżałka
o
12:36
0
komentarze
czwartek, 21 lutego 2008
Misja Września?
Ostatnie dwa miesiące okazały się czasem poszukiwań nowej ścieżki i nowych tematów. Po raz kolejny okazało się jednak, że im dalej od miejsca zamieszkania, tym trudniej było się odnaleźć coś interesującego. Chyba zatem przypisanie fotografii do miejsca (niekoniecznie ściśle) ma jakieś uzasadnienie – w większości tekstów, które dotyczą tego, co robię, autorzy zaznaczają nazwę rodzinnego miasta. Więc fotografia z Wrześni i o Wrześni. Czy to ogranicza? Nie sadzę, bo po raz kolejny czuję, że poszukiwanie nowej ścieżki okazało się owocne, więc ten poligon fotograficzny nie jest jeszcze wyeksploatowany do końca. I nie wyeksploatował do końca mnie. Tyle że tym razem jest to wyście w otwartą przestrzeń, choć wnętrza powstają nadal i powstawać będą. Ale to temat, który pojawi się najwcześniej na początku 2009 roku. Dokładnie gdzie i kiedy? Tego jeszcze nie wiem.
Do tej pory nie wiedziałem, jak bardzo takie podejście jest bliskie temu, czym początkowo zajmowali się brytyjscy dokumentaliści, jak Jem Southam czy Paul Graham, bezpośredni spadkobiercy idei opisywanego chwilę wcześniej Tony Ray-Jonesa. Do tej pory miałem okazję oglądać ich prace jeden raz w ramach wystawy Documentary Dilemmas. Aspects of British Documentary Photography 1983-1993 przygotowanej przez The British Council i pokazywanej w Polsce w 1995 roku. Już wtedy ta fotografia działała na mnie silnie, ale wtedy jeszcze nie rozumiałem dlaczego.
Rzecz jasna żadną miarą nie mogę porównywać mojej pracy z realizacjami Southama czy Grahama – to inna skala, inna realność (to bardzo ważne) i inna stylistyka. Niemniej wspólne (i to bardzo) wydają mi się poszukiwania w obrębie najbliższej, zatem najlepiej znanej rzeczywistości. Ma to szczególne znaczenie szczególnie w przypadku prac Southama – nawiasem mówiąc fotografa niemal zupełnie nieznanego w Polsce, choć to akurat mnie specjalnie nie dziwi, bo wciąż mało kto przywiązuje wagę do rejestrowania „banalnej” codzienności i takich miejsc. Znacznie lepiej znany jest Graham, szczególnie zaś jego cykl Troubled Land: The Social Landscape of Northern Ireland z połowy 80. lat, ukazujący drobne, choć bardzo uporczywe ślady politycznych walk Irlandii. Kiedy podczas ubiegłorocznego Miesiąca Fotografii w Krakowie w trakcie panelu dyskusyjnego z brytyjskimi fotografami i Markiem Powerem, kuratorem wystawy Teatry Wojny (Luc Delahaye, Christopher Stewart, Donovan Wylie, Geert van Kesteren i Lisa Barnard), zadałem pytanie o źródła fenomenu brytyjskiego dokumentu, otrzymałem odpowiedź, że wynika to z bujnej historii Wielkiej Brytanii. Myślę jednak, że nie tylko – świadomości fotografów może mieć tu znaczenie decydujące. 
Ireneusz Zjeżdżałka, Września, 2007
Autor:
Ireneusz Zjeżdżałka
o
11:27
0
komentarze
czwartek, 14 lutego 2008
Raport DESY
Z raportu wynika, że najdrożej sprzedaną fotografią w 2007 był Autoportret Stanisława Ignacego Witkiewicza, zlicytowany w Rempexie (24.10.2007) za 21.000 zł, a najwyższą cenę w latach 2003-2007 uzyskała praca Kolaps przy lampie. Autoportret tego samego artysty, która sprzedana została za 135.000 zł (Polswiss Art., 25.09.2003). Zestaw 16 czarno-białych fotografii Kolekcja-System Zbigniewa Dłubaka sprzedano w Rempexie (28.11.2007) za 20.000 zł, a pracę z 2004 roku I’m telling you a secret Ryszarda Waśki za 11.000 zł (Agra Art., 15.04.2007). Biorąc pod uwagę najwyższą cenę uzyskaną za dzieło sztuki w okresie ostatnich 5 lat - Józef Chełmoński, Próba czwórki, kwota 1580000 zł - widać wyraźnie, że cena najlepiej sprzedanej fotografii stanowi około 8% ceny tegoż obrazu.
Pamiętać należy, że dobre fotografie interesujących autorów współczesnych na aukcjach nabyć można już za ok. 1000 zł, co stanowi ułamek wartości uzyskiwanych za współczesne malarstwo.
W raporcie DESY przedstawiono też procentowy udział łącznej wartości 10 najdrożej sprzedanych obiektów w 2007 roku – fotografia to 1% całości. Ciekawe jak zatem wygląda udział w rynku fotografii w ogóle, pomijając rekordowe transakcje? Pewnie udział jej wygląda podobnie.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Autoportret, początek XX w.
Autor:
Ireneusz Zjeżdżałka
o
01:18
1 komentarze
